Zakładki:
O Autorze
1.Twardypoślad Chomik Kriza
2.Spis Treści Zakopanej
3.Adres e-mail do Pana i Władcy:
4.Krótki Rejs
5.Z innej beczki
6.Projekt Kriza
A imię jego czterdzieści i cztery:
A w jej 'rurzowości' warto zaglądać:
Coś o wnętrzu i zewnętrzu Tygrysa:
Czytane/Polecane
Siostrzana dusza z tramwaju
Wśród tandety lśnią jak diament
NOWY ADRES: www.kriz.pl
wtorek, 21 listopada 2006

Wściekłe syny postanowiły strajkować akurat wtedy kiedy ja czekam na przekaz pieniężny.

Kurew jaśnista!

Za datę narodzin Poczty w Polsce uważa się 18 października 1558.

Pierwszym prezesem zarządu poczty był Prosper Prowana. Dworzanin Zygmunta Augusta.
Później pocztą kierował Krzysztof Taksis (rodzina była potentatem w tej dziedzinie).
Krzysiu okazał się być wałkarzem, więc nasz Master King Zygmunt zerwał z nim umowę i poczta przeszła pod kierownictwo Piotrka Maffona...itd

Tyle na temat przeszłości.

Jeśli ktoś mnie zapyta co niesie Poczcie przyszłość odpowiem:

Martwego listonosza.

Umrze śmiercią straszliwą, zaraz po tym jak wesoło od progu zawoła: "Halo? Dzień dobry - Poczta Polska się kłania" (po terminie płatności za rachunek telefoniczny).
Jak podchodząc do wrót mego mieszkania, roztaczając promienny uśmiech, rzeknie: "mam dla pana chyba jakiś skromniutki przekaz" (po terminie płatności czynszu).
Uśmiercę go zaraz po tym jak wyciągając długopis powie: "jakby mi pan jeszcze pokwitował tu na tym papierku odbiór. Ładne ma pan butki, takie ciężkie są teraz pewnie w modzie, co?" (kilka dni po ostatecznym terminie wybłaganym u "Dużego" na spłatę pożyczki).

Na szczęście siostra załatwiła mi materiały video, dzięki którym podglądne pracę listosza i które pomogą mi znaleźć ich najsłabszy punkt.

 

niedziela, 19 listopada 2006

Wstęp: Muszę przyznać, że dzisiejszy wpis powstawał długo. Chociaż "powstawał" to nie jest dobre określenie. Bardziej pasowałoby może "był przygotowywany". Trzy dni temu znalazłem temat, dwa dni temu zebrałem odpowiednie materiały, wczoraj zacząłem pisać ten tekst, tak samo jak zacząłem też pisać raport do pracy oraz zacząłem robić pranie.
Nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, że żadnej z tych czynności nie ukończyłem przed południem.
Fakt, że nic pożytecznego nie zrobiłem, mając pół dnia wolnego czasu wkurwiał mnie wczoraj niemiłosiernie.

Dziś rano taplając się w wannie (z kolanami na wierzchu - to mała wanna. Gdyby moja wanna zainteresowała się kiedyś genealogią to okazałoby się, że pochodzi od umywalki) o mały włos a umyłbym głowę koncentratem Lenora zamiast szamponem.
Zrozumiałem metaforę i ukryty symbolizm przemijania, nagłej niespodziewanej śmierci, memento mori i takie tam...
Jeśli mnie teraz trochę poniosło to musicie wiedzieć, że i śmierć i zmiękczone oraz przepłukane włosy roztaczające wokół zapach wrzosu, lawendy, rumianku i innych gówien to jest dla mnie jeden chuj.

W każdym bądź razie zdałem sobie sprawę, że nie mogę zostawiać spraw niezałatwionych, żeby nie skończyć jak Casper - przyjazny duszek.
Stanąłem na nogi, przetrzeźwiałem, zrobiłem kac-kupę i zabrałem się ostro do roboty.
----------------------------------------------------------------

Jak zapowiadałem w ostatnim tekście, czas na nagość, twardzieli, przemoc, przekleństwa, ból, cierpienie i łzy czyli...

WOŹNI

słoneczny patrol :)

słoneczny patrol :) 

Czym byłaby szkoła bez woźnych?
Niczym.

Woźni (nieważne czy w wydaniu męskim czy żeńskim - to zawsze było ciężkie do odróżnienia*) to osoby, które jakoś wryły się w moje wspomnienia.

Piękne kobiety, wysportowani mężczyźni, ludzie podchodzący do spraw innych ze zrozumieniem i sercem... - tych epitetów nigdy bym nie użył przy opisywaniu woźnych.

adam jest woźnym i kocha swój ogródek

Wiele godzin spędziłem na błaganiu/negocjacjach*** tłumacząc, że muszę się dostać do szkoły na lekcje ale nigdy nie było zmiłuj.
Nigdy, kurwa, kiedy to 'zmiłuj' było najbardziej potrzebne.

Teraz zdałem sobie sprawę, że jak się spóźniałem na plastykę to mnie zawsze wpuszczono do budynku...ale jak miałem sprawdzian z jakąś wredną mątwą z biologii czy matematyki to nigdy mi nie otworzono.

Oczywiście, kurwa, im bardziej (wyjątkowo) umiałem do sprawdzianu to tym bardziej pewnym się stawało, że jak się spóźnię to będę mógł sobie pocałować klamkę, dzwonek albo auto dyrektorki.

Ten gatunek ma chyba jakiś szósty zmysł wykrywający priorytetowość uczniów.
Po czym całkowicie olewający wyniki tegoż odkrycia.

krzychu - woźny

Niech zagrzmią niebiosa, jeśli kto powie, że woźna to tylko sprzątaczka!

Woźni oprócz sprzątania, stróżowania czy palenia w piecach, w tych bardziej staromodnych szkołach, spełniają ważną funkcję wychowawczą.
W szkołach gdzie rzadko jakaś nauczycielka ma posłuch, woźny nierzadko taki autorytet właśnie posiada.

Pamiętam jak na samym początku mojej 'kariery' w podstawówce popuściłem kiedyś kleksika****. Woźna wzięła mnie do swojego kantorka, rozebrała mnie, posadziła w miednicy i umyła. Ale spokojnie - lodzika mi nie zrobiła. Zresztą, w tamtych latach, moim sisiorkiem to ona mogłaby sobie co najwyżej w przerwie w uzębieniu pogrzebać...

Dobrze, że to nie był woźny, bo jak wiemy zły dotyk piecze przez całe życie...

Jak już wspomniałem szkoła bez woźnych nie mogłaby funkcjonować.

mleczko

Czyli tak, podstawówkę już załatwiliśmy, do zjebanych gimnazjów nie uczęszczałem, czas na liceum.
Tu pamietam jeden z symboli mojego pierwszego LO - Pan Edek.
Pan Edek był największym lovejoyem w całym Liceum. W szatniach zawsze zmacał sobie jakieś młode paździerzowe licealistki (które się cieszyły).
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Pan Edek był niski, brudny, śmierdział (nie tylko alkoholem) i w ogóle przypominiał żuka. Niebieski uniform niewiele poprawiał.
Im dłużej się chodziło do tego liceum tym bardziej można było się dogadać z Panem Edkiem. Wybrańcy mogli się z nim nawet napić.

Tyle o tym liceum. W kolejnym była woźna - Danka.
Danka
z wyglądy przypominała mix pudla z Pac-Manem, który zasnął u fryzjera przy xxxxxx*****.
Na szczęscie chody u niej miałem dobre bo byłem facetem. W odróżnieniu do Pana Edka (mam swoją teorię, w której twierdzę, że przynajmniej kilka dziewczyn zrobiło mu laskę. Lepsze extreme niz skok na bungee bez bungee) Danka była łasa na komplementy od mężczyzn. Dlatego w tym liceum, w dziennikach o wiele więcej spóźnień notowały dziewczyny. I to właśnie one snuły się wkurwione po korytarzach, podczas gdy my faceci wychodziliśmy na zewnątrz i wracaliśmy kiedy chcieliśmy...

Nie będę pisał o działaniu woźnych w konspiracji podczas II wojny światowej.

Ale dotarłem do archiwalnych zdjęć z 1610 roku, które są dowodem na to, że woźne pomagały nawet na wojnach. Istniał specjalny Korpus Zaciężny Woźnych, który pomógł nam zdobyć Moskwę. Na zdjęciu przedstawionym poniżej widzimy jak polski oddział wykonuje manewr okrążający, broniących Placu Czerwonego bojarów.

Fotka z 1610 roku :)

woźna zdobywa plac czerwony

---------------------------------------------------
* - to jest jeden z dowodów na istnienie ogromnej kosmicznej siły, która przystosowuje nasz wygląd do zawodu jaki wykonujemy. Osiedlowego żula rozpoznamy nawet gdyby go ubrano w garnitur i posadzono obok Królowej Elżbiety**, drwala rozpoznamy nawet wtedy gdyby kołysał niemowlę do snu, wejście kontrolerów biletów do autobusu powoduje tworzenie się kolejek do kasowników, niczym na Kasprowy Wierch, a woźnym (obojętne jakiej płci) z chwilą objęcia wyżej wspomnianego hmm... urzędu wyrastają wąsy.

** - albo obok Zbigniewa Ziobry, hehe. Wybaczcie złośliwość - kto mieszka w Krakowie ten wie, reszta musi się domyślić :)

*** - dawniej - przekupstwo.

**** - niech się dowiem, że ktoś z was się, kurwa, zaśmiał....

***** - nie mam pojęcia jak się ta czynność nazywa. Człowiek wsadza łepetynę do takiej słoiko-lampy a potem jak ją wyjmie to ma się niezłą afro-kopułę.

poniedziałek, 13 listopada 2006

Tytuł dzisiejszej notki jest zajebiście przemyślany. Jednak bardzo niewielu z was patrząc na tytuł pomyśli "Kriz, Ty sprytny zawszony kundlu".
I mimo, że drugi raz popatrzyłeś na tytuł, drogi czytelniku, to i tak nic ci to nie pomogło.

Jedźmy dalej.
Dziś będzie poważnie, nie będzie przekleństw, gołych dup, więc to ostatni moment by wysiąść.

Każdy z was pamięta doskonale reklamę Sony Bravia. Tą gdzie po ulicach San Francisco 'spływa' kaskada kolorowych piłek. Wiem dobrze, że wiele osób myślało, że jest to zrobione komputerowo. Bo po chuj puścić kilka razy z górki 48,000 kolorowych piłek, jak można posiedzieć miesiąc w studiu komputerowym?

Teraz w telewizji zobaczyć można kolejny spot reklamowy Sony Bravia.
Ponieważ poprzednim dziełem twórcy postawili sobie poprzeczkę wysoko tak więc nowa reklama musiała być dynamiczna, wielokolorowa i musiała mieć "to coś" co sprawi, że wyróżni się spośród innych reklam.
Zostawić w tyle reklamy Henkela to nie jest wielka sztuka, ale w TV puszczne są też przecież spoty ambitniejsze i ciekawe.
"To coś" co doskonale zostało wykorzystane to właśnie przekonanie, że "to jest możliwe, ale jednak chyba nie. Komu by się chciało".

Więc* twórcy pokazali kolejny raz na co ich stać.

Spot, w którym osiedle mieszkalne jest "zatapiane" eksplozjami farbą może wydać się nierealne. Jednak te bloki mieszkalne istnieją (w Szkocji) i naprawdę zostały wielkim nakładem środków, pracy i czasu - zbombardowane.

Nikt nie poszedł na łatwiznę. Nikt nie zlecił przygotowania tego grupie animatorów z "Dreamworks'a".
To co my oglądamy na ekranie to nie są animacje komputerowe tylko 70,000 litrów farby (przyjaznej środowisku).

Możecie sobie teraz u mnie obejrzeć materiał "od kuchni".
A jeżeli jeszcze nie widziałaś/eś tej reklamy i chcesz od niej zacząc - jest na samym końcu artykułu.

 

A poniżej dzieło zmontowane, z podłożoną ścieżka dźwiękową i gotowe do emisji. Pamiętajcie o ustawieniu poziomu głośności na full.

Żebyście się nie cieszyli, że tak będzie na moim blogu zawsze. W następnym tekście - znowu przekleństwa, sex, pościgi i hiszpańska inkwizycja (bo jej nigdy nikt się nie spodziewa)

---------------------------------------
* - zacząłem zdanie od "więc" z pełną premedytacją :)

 
1 , 2